Przejdź do treści

Zastrzyki a in vitro. Co musisz wiedzieć?

in vitro

In vitro jest owiane wieloma mitami. Jednymi z nich są bolesne iniekcje, czyli wkłucia celem podania leku oraz pobrania jajeczek. Sprawdziliśmy, jak wygląda kwestia zastrzyków podczas terapii in vitro.  

Zapisz się do newslettera

In vitro jako metoda pozaustrojowego zapłodnienia wiążę się z koniecznością używania igieł, których wielu z nas się boi. Krok po kroku wyjaśniamy, jak wyglądają procedury związane z terapią.  

Jak wygląda in vitro? 

Podczas terapii in vitro lekarstwa są podawane przez wstrzyknięcia podskórne, za pomocą igły do tkanki tłuszczowej znajdującej się nad mięśniem. Są to zastrzyki, które „wyłączają” twój naturalny cykl. Leki te są stosowane w celu zapobiegania przedwczesnej owulacji i działają poprzez blokowanie działania hormonu uwalniającego gonadotropiny (GnRH). Następnie podawane są zastrzyki, które będą stymulować jajniki – oznacza to, że pęcherzyki (pęcherzyk to worek wypełniony płynem, w którym rozwija się niedojrzała komórka jajowa) w celu uzyskania odpowiedniej liczby komórek jajowych do pobrania jajeczek. Leki te to hormon folikulotropowy, FSH lub HMG.  

Lek przyjmuje się zwykle przez 7-12 dni. Nie ma jednak obaw – nie jest to wielka igła do punkcji czy choćby nieco mniejsza do pobierania krwi. Lekarstwo podawane jest drobną igłą i z pewnością samo ukłucie nie będzie zbytnio bolało. W rzeczywistości  raczej powiedzielibyśmy, że iniekcje mogą powodować dyskomfort, a nie ból. Część z tych zastrzyków należy wykonać w domu, dlatego warto mieć przy sobie osobę, która nam pomoże. Mniej bolesne są zastrzyki w udo i okolice pępka.  

Zobacz też: Dziecko na zamówienie? Edycja genów zarodka stwarza nowe, potencjalnie niebezpieczne możliwości

Zastrzyki in vitro – skutki uboczne 

Czy zastrzyki terapii in vitro mają skutki uboczne? Niektórzy pacjenci odczuwają lekki obrzęk lub wzdęcie brzucha lub ból pod koniec leczenia, ale objawy te są zwykle łagodne i nie wymagają żadnych dodatkowych działań. Jeśli chodzi o nastrój, niektóre kobiety odczuwają zmiany emocjonalne, takie jak skłonność do płaczu, smutek lub niepokój. Na szczęście sytuacje te po zabiegu nie są dotkliwe.  

Ostatni element terapii, progesteron należy stosować od dnia po pobraniu komórki jajowej do dnia wykonania testu ciążowego. Test ciążowy wykonuje się najczęściej 11 dni po transferze zarodka, jeśli transferowany zarodek był w stadium blastocysty (zarodek w 5. lub 6. dniu rozwoju). Jeśli test ciążowy jest pozytywny, progesteron należy podawać do około 10 tygodnia ciąży. Progesteron można stosować dopochwowo (krążki dopochwowe) lub wstrzykiwać w brzuch. 

Źródło: https://www.ivfbabble.com/

Zobacz też: Litwa: Zautomatyzowany system selekcji zarodków zwiększy szansę na sukces IVF

Spadająca dzietność vs. leczenie niepłodności – wywiad z prof. Rafałem Kurzawą

Leczenie niepłodności vs. spadająca dzietność w Polsce - negatywny test ciążowy
Copyrightmilkos

Dzietność w Polsce i innych krajach szeroko rozumianego Zachodu – jak np. Stany Zjednoczone, Kanada, Australia – od wielu lat systematycznie spada. Jak to wygląda z perspektywy gabinetu specjalisty z zakresu leczenia niepłodności i co można zrobić, by te trendy odwrócić? Na te i wiele innych pytań odpowiada w rozmowie z nami Prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Rozrodu i Embriologii, ginekolog-położnik ze szczecińskiej kliniki TFP Fertility Vitrolive, prof. dr hab. n. med. Rafał Kurzawa.

Zapisz się do newslettera

Katarzyna Miłkowska: Czy na przestrzeni ostatnich lat zauważył Pan, że problem niepłodności wzrasta w naszym społeczeństwie?

Prof. dr hab. n. med. Rafał Kurzawa: Myślę, że oscylujemy na dość stałym poziomie – około 15-18% par w wieku rozrodczym boryka się z problemami związanymi z płodnością. A jaki jest trend? Przede wszystkim zwracam uwagę na to, że po pomoc zgłaszają się coraz starsi ludzie i to jest niepokojące. Ludzi młodych – czyli w wieku, w którym szansa na leczenie niepłodności jest największa – jest stosunkowo mało. Co więcej, mam wrażenie, że ta liczba ciągle maleje.

Zakładam jednak, że ów trend będzie w najbliższych latach podobny. Zastanawiam się zatem, co może okazać się pomocne – czy jest to np. zwiększenie edukacji w zakresie mrożenia komórek jajowych u kobiet w młodszym wieku?

Nie ma na to prostej i szybkiej odpowiedzi, ponieważ to jest działanie na bardzo wielu polach. Po pierwsze, edukacja seksualna, czyli upowszechnianie wiedzy na temat płodności człowieka i tłumaczenie, jaka jest w rzeczywistości – że nie jest znowu z nią tak łatwo. Po drugie, wsparcie ekonomiczne dla rodzin, które mają dzieci. Przy czym muszą to być mądrze wydawane pieniądze. Po trzecie, inwestowanie w infrastrukturę pomagającą w wychowywaniu dzieci – żłobki, przedszkola itd. Po czwarte – tak, istotny jest także ten element, o którym pani powiedziała. Powinien być dostęp do tego typu opcji, a kobiety powinny częściej decydować się na mrożenie komórek jajowych, ale należy to traktować jako metodę stosowaną w sytuacji, w której nie ma innego wyjścia.

To znaczy?

Przykładowo kobieta nie ma partnera w wieku 35 lat i nie zanosi się na to, że w najbliższym czasie będzie go miała. Albo jest dziewczyną zagrożoną spadkiem rezerwy jajnikowej, czyli wartości AMH są w jej przypadku zbyt niskie. Na pewno powinno dotyczyć to także kobiet, które czeka leczenie onkologiczne. W takich sytuacjach – owszem – jestem zwolennikiem tzw. socjalnego mrożenia komórek jajowych („social freezing”). Jednak nie może być to narzędzie samo w sobie, stosowane jako dodatek do trendów współczesnego życia, które bazują na tym, że im później zostanie się rodzicem, tym lepiej – to tak nie wygląda.

Zobacz też: Wiek, styl życia, masa ciała – co jest kluczowe dla płodności? Okiem ekspertki

A faktycznie zgłaszają się kobiety, które mówią, że mają ponad 30 lat, nie mają partnera i chcą się w tym zakresie zabezpieczyć?

Są takie pacjentki. Najczęściej to kobiety z wyższym wykształceniem, które wiedzą, że zbliża się ściana pod postacią utraty płodności, czyli wiek około 38-40 lat.

Rozumiem jednak, że to także wynika z edukacji – muszą wiedzieć, że taka możliwość w ogóle jest.

Dokładnie tak.

Wspomniał Pan o wsparciu socjalnym dla rodziców. Ostatnio pojawiły się chociażby prace nad 9-tygodniowym urlopem rodzicielskim dla ojców. Rozumiem, że właśnie takie elementy także mogą pomóc podnieść dzietność? 

Tak, dlatego że odciążają kobiety w wychowywaniu dzieci, a odpowiedzialność rozkłada się na dwie strony. Zresztą nie jest to nic nadzwyczajnego i wielu panów nie ma z tym problemu – co ważne, myślę, że to także jest jedna ze zmian, które obserwuję na przestrzeni lat. Mam na myśli zdecydowaną poprawę świadomości mężczyzn w tym obszarze. W tej chwili bardzo rzadko się zdarza, żeby do gabinetu na pierwszą konsultację przyszła sama kobieta – w większości przypadków są to pary.

Zaangażowanie mężczyzn rośnie, ale czy jakieś rozwiązania medyczne też się w tym zakresie pojawiają – zabezpieczenie płodności mężczyzn to wciąż tylko mrożenie plemników?

Tak, tylko że u mężczyzn zagadnienie starzenia reprodukcyjnego nie ma tak poważnego wymiaru, jak u kobiet. Występuje później i konsekwencje są znacznie mniej istotne w porównaniu z tymi, które wynikają ze starzenia reprodukcyjnego pań.

No tak, nad parametrami nasienia często można popracować, a nad komórką jajową… nie bardzo.

Z komórkami jajowymi nic się nie da zrobić, bo głównym problemem jest to, że w pewnym momencie kobieta ich po prostu nie ma. Mężczyzna ma plemniki do końca życia, niezależnie od tego, w jakim jest wieku. Oczywiście, pojawiają się inne aspekty, jak np. jakość zapładniająca tych plemników – ale one są. U mężczyzn kwestia zabezpieczenia płodności pojawia się więc przede wszystkim w sytuacji potencjalnej jej utraty, czyli np. przed leczeniem onkologicznym.

Wydaje się, że w Polsce coraz częściej pojawiają się programy refundacyjne i w tym zakresie.

Nie, to leży na łopatkach. Oncofertility, czyli zabezpieczenie płodności mężczyzn i kobiet wykonywane przed leczeniem okolicznym, w Polsce kompletnie leży. I mówiąc z perspektywy Prezesa Polskiego Towarzystwa Medycyny Rozrodu i Embriologii, zupełnie nie wiem, co zrobić, żeby cokolwiek zmienić w tym temacie…

Po pierwsze, jest jakaś trudność z tym tematem wśród onkologów. Po drugie, cały ten obszar jest pozostawiony sam sobie – w ogóle bez wsparcia ze strony Narodowego Funduszu Zdrowia. Innymi słowy, jeżeli przykładowo u młodej kobiety zostaje postawione rozpoznanie nowotworu, będzie miała refundowane jego leczenie, lecz już procedury poprzedzającej je, która pozwoliłaby zabezpieczyć jej płodność – nie.

Zobacz też: Ciąża na życzenie? To nie zawsze tak działa!

Ale w niektórych lokalnych programach wspierających leczenie niepłodności, np. w Warszawie, pojawiają się już także zapisy dotyczące oncofertility.

Cudownie, tylko że to powinno być rozwiązanie systemowe. Powinno być „przypięte” do procedury związanej z leczeniem konkretnego nowotworu. Są bowiem takie schematy radio- i chemioterapii, które wiemy, że na pewno pozbawiają pacjenta płodności. Tylko rozwiązanie systemowe jest w stanie zadziałać na szeroką skalę – tak jest np. w Niemczech, gdzie rozpoznanie nowotworu u kobiety w wieku rozrodczym wiąże się początkowo z wyłożeniem pieniędzy na zabezpieczenie jej płodności, a dopiero później na rozpoczęcie leczenia onkologicznego.

No tak, o żadnych rozwiązaniach systemowych nie słyszałam. Być może mam poczucie, że coraz więcej o tym mówimy, bo po prostu interesuję się tym tematem – mam więc nieco zaburzoną perspektywę.

Ależ ja się zgadzam, że mówimy o tym coraz więcej, tylko nic z tego nie wynika. Proszę mi wierzyć, że to jest olbrzymi problem. Zresztą proszę zauważyć, że w naszym społeczeństwie do choroby nowotworowej wciąż podchodzi się jak do wyroku śmierci. Niepotrzebnie, ponieważ skuteczność leczenia nowotworów gwałtownie wzrasta! Jeśli jednak ludzie idą do lekarza z myślą „walczę o życie”, to – siłą rzeczy – nie interesuje ich, czy będą mieli dziecko w przyszłości. Kluczowe jest to, żeby w ogóle przeżyć.

Według mnie to jest właśnie podstawowy problem – budowanie wśród pacjentów odpowiedniej perspektywy na tego typu propozycje leczenia. Choć trzeba przyznać, że nie dotyczy to tyko pacjentów. Niektórzy lekarze również tak do tego podchodzą: „Proszę pana, pan ma nowotwór, tu nie ma czasu na bawienie się w jakieś zabezpieczanie płodności” – a coraz częściej takie zdania odbiegają od prawdy. Rokowania w chorobach onkologicznych są obecnie na zupełnie innym poziomie niż były jeszcze względnie niedawno. Korzystajmy z tych szans i patrzmy także w przyszłość – o płodność należy dbać nawet w tak trudnych sytuacjach.

„Edukacja seksualna, refundacja in vitro, zmiana polityki społecznej? Jak ratować spadającą dzietność w Polsce – wywiad z prof. Rafałem Kurzawą” – sprawdź na www.chcemybycrodzicami.pl

Ekspert

Prof. dr hab. n. med. Rafał Kurzawa

Prezesa Polskiego Towarzystwa Medycyny Rozrodu i Embriologii, ginekolog położnik, specjalista endokrynologii ginekologicznej i rozrodczości, a także specjalista embriologii klinicznej ze szczecińskiej kliniki TFP Fertility Vitrolive.

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW (dziennikarstwo). Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS, jest też byłą słuchaczką studiów podyplomowych Gender Studies na UW. Redaktorka prowadząca e-magazyn "Chcemy Być Rodzicami" oraz portal o tej samej nazwie. Współautorka książki "Kobiety bez diety".

Czy można przewidzieć ryzyko poronienia i niepowodzenia zapłodnienia in vitro?

badania geny genetyka naukowcy poronienie niepowodzenie in vitro
Fot. 123rf

Według badań naukowców z Uniwersytetu Rutgersa w USA ryzyko wystąpienia u kobiety najczęstszych rodzajów poronień można przewidzieć na podstawie specjalistycznej analizy jej genomu. Wyniki opublikowano w czasopiśmie naukowym Human Genetics. 

Zapisz się do newslettera

Naukowcy twierdzą, że ta możliwość pozwoli pacjentom i klinicystom podejmowanie bardziej świadome decyzje dotyczących wyborów reprodukcyjnych i planów leczenia niepłodności, w tym procedury in vitro. W artykule naukowcy opisują technikę łączącą sekwencjonowanie genomowe z metodami uczenia maszynowego. Opisana procedura pomaga przewidzieć możliwości poronienia z powodu aneuploidii. Termin ten opisuje komórkę jajową z nieprawidłową liczbą chromosomów.

Aneuploidia poważnym problemem

Niepłodność jest głównym problemem zdrowia reprodukcyjnego. Dotyka on około 12% kobiet w wieku rozrodczym w USA. Aneuploidia w ludzkich jajeczkach odpowiada za znaczną część niepłodności, powodując wczesne poronienia i niepowodzenia zapłodnienia in vitro (IVF).

Dotychczasowe badania wskazały, że geny predysponują niektóre kobiety do aneuploidii, ale dokładne genetyczne przyczyny aneuploidalnej produkcji jaj pozostają niejasne. Niedawne badanie Rutgers jest pierwszym, które ocenia, jak poszczególne warianty genetyczne w genomie matki mogą pomagać przewidywać ryzyko niepłodności u kobiety.

Celem naszego projektu było zrozumienie genetycznej przyczyny niepłodności kobiet i opracowanie metody poprawy klinicznej prognozy ryzyka aneuploidii u pacjentów. Na podstawie naszej pracy wykazaliśmy, że ryzyko aneuploidii embrionalnej u kobiet z IVF można przewidzieć z dużą dokładnością na podstawie danych genomowych pacjentów. Zidentyfikowaliśmy również kilka potencjalnych genów ryzyka aneuploidii.

– powiedział Jinchuan Xing, autor badania i profesor nadzwyczajny na wydziale genetyki w Rutgers. Szkoła Sztuki i Nauki.

Zobacz też: Antagonista gonadoliberyny a zespół hiperstymulacji jajników u pacjentek z IVF

Kiedy in vitro nie działa?

Naukowcy stworzyli oprogramowanie wykorzystujące uczenie maszynowe – aspekt sztucznej inteligencji – w którym programy mogą uczyć się i przewidywać bez wykonywania konkretnych instrukcji. W tym celu naukowcy opracowali algorytmy i modele statystyczne, które analizowały i wyciągały wnioski z wzorców  danych genetycznych.

W rezultacie naukowcom udało się stworzyć określoną ocenę ryzyka w oparciu o genom kobiety. Badacze zidentyfikowali również trzy geny – MCM5, FGGY i DDX60L – które po zmutowaniu są silnie związane z ryzykiem produkcji jaj z aneuploidią. W przyszłości to właśnie dokładne testowanie genetyczne ma wspierać dobieranie terapii oraz interwencji zdrowotnych.

Źródło: Science Daily

Zobacz też: Spadająca dzietność vs. leczenie niepłodności – wywiad z prof. Rafałem Kurzawą